DnW w porywającej Australii

W marcu Dziecko na Warsztacie wyruszyło na antypody.
Warsztat wprawdzie miał być skoncentrowany wokół sztuki ale tym razem pozwoliliśmy sobie ze Smoczą Załogą na pewne odstępstwa.

Wybierać było z czego. Np. można było zainspirować się sztuką kulinarną, ale Pavlova za słodka, Vegemite za słone, a składniki do Bush Tucker Food trudno dostępne.
Od biedy spróbowałabym Pie Floater (dzięki Sir Pratchett), ale niektóre Smoki są wege, więc projekt padł.

Opera w Sidney mnie nie zainspirowała, Pieśni Czasu Snu za mało znam. Został więc nam oklepany, ale fascynujący, rdzenny puentylizm.

Przyznam się Wam, że odczuwam dużą awersję do kolorowanek wszelkiej maści. Prawdopodobnie dając Smokom konkretny wzór do wypełnienia odciskami palców uzyskałabym efekt bardziej spektakularny. Mimo wszystko zdałam się na ich inwencję, dałam im po prostu farby i pozwoliłam dziabać kartkę do woli 🙂

Naskalne malowidła Aborygenów australijskich dostarczają mi nie tylko doznań estetycznych, ale fascynują złożonością znaczeń. Utrzymane w bieli, czerni, żółci i czerwienio-brunatnościach – z jednej strony są ściśle powiązane z  religią i duchowością, sacrum, z drugiej zawierają niezwykle konkretne informacje – niekiedy zaznaczenie organów wewnętrznych przedstawianego zwierzęcia, innym razem właściwy sposób oddzielania jego mięsa i komu w plemieniu który fragment przynależy.

Jako że Smoki łaknęły fizycznych aktywności poszłam po linii najmniejszego oporu proponując im kangurze skoki z miśkami na brzuchach (naturalnie nie mogło się obyć bez – błędnej ale ciekawej – opowieści o pochodzeniu ich  nazwy) i turlanie jaja dziobaka (stanęliśmy jedno za drugim a jajka-piłki toczyliśmy kolejno pod rozstawionymi nogami z początku szeregu na sam koniec).

Zorganizowaliśmy węchowe mikro-memo (jak się okazało stanowiące wyzwanie również dla rodziców) w którym trzeba było pośród trzech (zamkniętych w jajkach-niespodziankach) zapachów odnaleźć przysmak misia koala (wcześniej zaprezentowany olejek eukaliptusowy).

Serfowaniem (na deskorolce) Dziecioły (z jednym wyjątkiem) wzgardziły, ruszając szturmem na pobliski plac zabaw.

Na następne spotkanie pozostało nam też walcowanie z Matyldą. Nie planuję wprawdzie uczyć smoków nieoficjalnego hymnu Australii (stanowiącego też podręczny słowniczek gwary tamtejszych hodowców owiec), ale zrolowany koc (tytułowa Matylda) to świetne akcesorium do różnorodnych ćwiczeń i aktywności.
Zamierzam też zaproponować każdemu Smokowi wykonanie (no dobra, głównie ozdobienie) własnej czuringi. Trochę jednak obawiam się skutków 😉

Z tego wszystkiego zapomniałam też o żyjących w Australii (a znanych Dzieciołom z warsztatu Antarktycznego) pingwinach oraz (znanych skąd inąd) wielbłądach i krokodylach.
Całe szczęście dziś Ora wyciągnęła „Mapy” Państwa Mizielińskich, więc następnym razem sama opowie.

Aurora ubolewa serdecznie, że na kangurach nie można jeździć. Chciała bardzo polecieć do Australii dopóki nie usłyszała o wężach i  pająkach.

Historia której nie opowiedziałam Dzieciakom (myślę, że na to za wcześnie) to los „skradzionego pokolenia„.
Przyznaję się, że przed przygotowaniami do tego warsztatu nie spotkałam się z tym tematem. A teraz mną wstrząsnął.
Wiedziałam, że do lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku Aborygeni byli ofiarami przymusowej asymilacji i że dopiero wtedy wykreślono ich (!!!!!!!!) z oficjalnej Księgi Flory i Fauny i uznano za ludzi (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!).
Jednak o praktyce odbierania im (niekiedy za zgodą rodziców, częściej bez niej) dzieci i osadzania w sierocińcach lub oddawaniu na wychowanie białym rodzinom, dowiedziałam się dopiero teraz.
O tragedii dzieci i ich rodziców, szkodach jakie wyrządziło to tak jednostkom jak i całej społeczności powstały filmy i opracowania.
Ja odebrałam tą historię przede wszystkim zmysłami matki.
Stąd pomysł kolejnego (robiliśmy już podobne) ćwiczenia dotyczącego bezpieczeństwa naszych dzieci ale i naszego. Chodzi mi mianowicie o trening krzyku.

Ja wiem, że nie jest to umiejętność, której dzieciom szczególnie brakuje. Ale z drugiej strony – sama doświadczyłam w dzieciństwie tego, że w momencie zagrożenia głos wiązł mi w gardle, albo trudno było mi przełamać wewnętrzne blokady i wrzasnąć z całych sił.

Pierwsze, co chcę zrobić to w ogóle swobodnie pokrzyczeć ze Smokami i ich rodzicami. Po prostu popracować nad wydobyciem z siebie głosu.

Po drugie chciałabym im powiedzieć jak mogą reagować w sytuacjach niebezpiecznych.

Żeby nie epatować strachem – mam pomysł na „grę w porywacza”. Stajemy w kręgu, tyłem do wnętrza. W środku staje „porywacz”. Kiedy poczujemy, że próbuje nas wciągnąć do wnętrza kręgu musimy wrzasnąć z całych sił, a wtedy oczywiście wszyscy ruszają nam na pomoc.

P.S. Tak, wiem że pod mapą linków zostaje kobylasta pusta przestrzeń. Nie mam pojęcia czemu, ale jak ją usuwam to mapa przestaje działać :/

2 thoughts on “DnW w porywającej Australii

  1. Kolejny świetny warsztat! Bardzo podoba mi się też trening krzyku- to świetny pomysł nie tylko dla małych, a może głównie dla tych większych..Co do dramatu przymusowej asymilacji Aborygenów, to polecam film "Polowanie na króliki".

  2. No ja to właśnie ze względu na węże i pająki chciałabym do tej Australii kiedyś pojechać.
    Co do tej smutniejszej części Twojego wpisu to los rdzennej ludności był marny wszędzie gdziekolwiek pojawili sie Europejczycy. We mnie to niezmiennie wywołuje ogromny smutek. Szczególnie, ze mam watpliwości czy nasz gatunek umie się uczyć na błędach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *